Ashley jest zwykłą dziewczyną. Ma 22 lata, mieszka w Nowym Jorku w ciasnej, taniej kawalerce. Pracuje jako kelnerka w Stop Café obok metra. Co prawda skończyła studia naturoterapii, chcąc jak jej mama otworzyć własną aptekę z naturalnymi, robionymi przez siebie lekami. Niestety rzeczywistość okazała się inna. Jej mama zmarła rok temu, a jej tata - wiecznie zapracowany biznesmen - nie miał dla niej czasu, więc Ashley wyprowadziła z rodzinnej, spokojnej Filadelfii do tętniącego życiem Nowego Jorku. Tam od razu poznała Daphne, jej najlepszą przyjaciółkę, współpracowniczkę i współlokatorkę.
Jak zwykle o 6:30 am zadzwonił budzik. Ashley z trudem wyciągnęła rękę z pod kołdry i wcisnęła przycisk. Codziennie wstawała rano, nawet bez budzika, aczkolwiek zawsze budziły ją promienie słoneczne, tym razem jednak słońce chowało się za grubą powłoką gęstych, szarych chmur. Z powodu niskich środków finansowych stać ją było tylko na połowę kawalerki, dlatego też spała na sofie, wraz z Daphne.
Najciszej jak mogła wygramoliła się z łóżka i poszła w stronę łazienki. Chłód związany z nieszczelnymi oknami najbardziej był odczuwalny w łazience, dlatego Ashley postanowiła wziąć gorącą kąpiel. Wlała do wanny kilka kropli lawendowego olejku i zapaliła świeczki.
Kiedy się umyła, ubrała się w czarne spodnie i biały t-shirt ze skórzaną liczbą 69. Potem zaczęła czytać ogłoszenia w gazecie, szukając innej pracy. Do kawiarni szła dopiero na ósmą - od poniedziałku do piątku, pracowała wraz z Daphne od 7 am, ale w weekendy od 8 am. Półgodziny przed wyjściem zakręciła włosy i obudziła Daphne.
- Która godzina. - zamruczała półprzytomnym głosem.
- Późna. Wstawaj za półgodziny wychodzimy.
- Yhhh. Już idę
W jej wypadku "już idę" było równoznaczne z "pośpię jeszcze dwadzieścia minut, a dziesięć minut przed wyjściem będę gorączkowo biegać w poszukiwani ubrań i kosmetyków".... I tak właśnie było.
***
- Ashley! Nie idziesz do domu? - zapytała Daphne, gdy wychodziła z kawiarni, po pierwszej zmianie.
- Nie. - odparła ze smutkiem. - Dzisiaj pracuję na dwie.. Wiesz... Zbieram...
- Proszę cię, żeby na tym czymś uzbierać, musiałabyś jeszcze 20 lat pracować na dwie zmiany... No chodź.
- Nie, serio... Jutro wyjdę wcześniej.
- Jak sobie chcesz. - dodała krótko i wyszła.
Daphne żyła chwilą, nie myślała o przyszłości. Pracowała z reguły na jedną zmianę, dwie, od 7 am do 12:30 pm i od 18 pm do 23 pm, lecz w weekendy od 8 am i potem do 22 pm.
- Ashley! - usłyszała radosny głos na plecami. To była Catty, kasjerka.
- Ashley! - usłyszała radosny głos na plecami. To była Catty, kasjerka.
Catty, a w zasadzie Catherine Stone, była niewysoką 20-latką. Jej blond włosy były prawie białe, tak samo jak szaro - niebieskie oczy. Zawsze zadbana - pomalowane paznokcie, ładnie uczesane włosy, pełny, aczkolwiek delikatny makijaż, wyregulowane brwi... Kto by pomyślał, że pracuje w kawiarni. Ale gdy ma się ojca, właściciela całego Stop Café i posiadacza wielu akcji, ma się pieniądze na wszystko. A jednak Catty nie jest rozpieszczoną, głupią dziewczynką z bogatym tatusiem. Jest bardzo inteligenta i pomocna. Jej ojciec kazał jej pracować w jednej z jego kawiarni, aby nauczyła się zarabiać i szanować pieniądze. On też ma trochę oleju w głowie...
- Ashley! - powtórzyła Catty, wyrywając Ashley z zamyślenia.
- A, co? - zaczerwieniła się.
- Wiem, że pracowałaś cały dzień, ale mogłabyś mnie zastąpić na trzeciej zmianie? - widząc krzywy wyraz twarzy Ashley, Catherine dodała po chwili - Proszę, za tą zmianę dostaniesz 2 razy tyle i wynagrodzenie... Proszę to dla mnie bardzo ważne..
- Okej. - uśmiechnęła się sztucznie. Podwójna pensja i wynagrodzenie brzmiało dobrze, ale tak wyczekiwała skończenia pracy i pójścia do domu, jeszcze zapowiada się na deszcz, a ona zapomniała parasolki.... Niestety, te pieniądze były jej bardzo potrzebne.
***
Ashley biegła, przemoczona od stup do głów. Nie to, że wyszła z kawiarni 20 minut później - pewna para postanowiła zbagatelizować godziny zamknięcia -, do tego jeszcze metro się spóźniało i ten brak parasolki. Na domiar złego, podczas biegu przez park potknęła się o kamień i wpadła do wielkiej kałuży błota.
- A niech to szlag! - zaklęła.
Usiadła na ławce i myślała, że gorzej być nie może. Mokra, brudna, zmęczona, do tego bez pieniędzy. "Gorzej już być nie może" - powtarzała. Aż nagle zza wielkiego dębu wyszedł jakiś cień. "A jednak" - dodał głos w jej głowie.
Ashley ponownie zaczęła biec. Zawsze gdy wracała w nocy z pracy, szła główną drogą, ze względu na większe bezpieczeństwo. Tym razem postanowiła jednak pobiec na skróty. Pomiędzy blokami i domami, potem obok szkoły i znów uliczkami starych kamienic. Nagle znalazła się gdzieś gdzie chyba nigdy nie była. "Super, chyba za późno skręciłam" - pomyślała ze strachem i wyszła zza rogu aby wrócić. Lecz ten cień jakby na nią czekał. Ponownie się odwróciła i udała w nieznaną drogę. Błądziła przez jakieś 10 minut, jej telefon nie łapał zasięgu. "Pewnie Daphne dzwoniła już ze 20 razy". Stanęła na środku pustego placu i chodziła w kółko z nadzieją, że znajdzie sygnał. Na próżno. Chcąc się poddać dojrzała na ścianie jednego budynku nazwę ulicy. Była pewna, że jeszcze minutę temu nic tam nie było. "Beaver Street, to jakieś dwie ulice drogi i będę już w domu". Szczęśliwa odwróciła się lekko, spojrzeć czy nikt jej nie śledzi. W tym momencie ktoś rzucił w nią kamieniem.
- Ał!! - krzyknęła i jakby nienaumyślnie podniosła dziwnie ciężki kamień zapakowany w papier, na którym nabazgrane było:
Weź go i uciekaj. Szybko!!!
Co to miało znaczyć? Bała się nawet o tym myśleć. Jednak biegła... Jaki inny miała wybór..... Ucieczka wydała jej się w tym momencie najlepsza.
-Ashley! - w drzwiach rzuciła się na nią Daphne. - Nawet nie wiesz jak się bałam! Miałaś wrócić koło dziewiętnastej! A jest?! Północ! Jeszcze jesteś cała mokra i brudna! Przeziębisz się! Choć szybko!
- Szłabym szybciej gdybyś mnie nie dusiła. - powiedziała pod nosem.
- Wybacz, ale wystraszyłaś mnie na śmierć.
Ashley zaczęła mówić o Catty, by przejęła jej zmianę, o późniejszym zamknięciu kawiarni, o spóźnionym metrze, deszczu, kałuży, tajemniczym nieznajomym i o dziwnym kamieniu.
- Dlaczego on jest w papierze?
- Nie wiem.
- Daj, rozwinę. - po chwili rozwijania oczy Daphne rozbłysły jasnym blaskiem. - Ashley.... To nie jest zwykły kamień.... To diament! - powiedziała powoli.
- Co?!
- TO DIAMENT! NAJWIĘKSZY JAKI WIDZIAŁAM! Cóż zważając na to, że nigdy nie widziałam nawet diamentu wielkości główki szpilki, ale... WIESZ ILE ON KOSZTUJE?
- No nie...
- NIE MNIEJ NIŻ 500 TYSIĘCY DOLARÓW!!! - Daphne zaczęła krzyczeć i skakać po pokoju.
- Spójrz jeszcze. Mam nadzieję, że ci się przyda.... Kto to jest? Nie znam go. Dlaczego dał mi diament warty 500 tysięcy?
- To nie ważne. Teraz możesz spełnić swoje marzenia. Możesz sprzedać go i kupić te cudowny domek na 11th Avenue i sklep na Columbus Avenue.. I jeszcze coś by zostało.
Ashley nie mogła powiedzieć, że ta propozycja była zła... Ale tak bardzo bała się konsekwencji..
- Muszę to jeszcze przemyśleć. - zakończyła.